Nie boję się bólu, ani upadku nim spowodowanego.
Boję się, że ten ból mnie pokona.
XX VII MMXVIII
Wszystko jest całkiem inne. Nie mówię tu w ogóle o pogodzie, która z dnia na dzień stawała się, od wiosny coraz piękniejsza. Kwiaty rozkwitały w ogrodzie. Dzieci zaczęły wychodzić na dwór. Wszędzie było słychać ich donośny śmiech czy wzajemne przekrzykiwanie się. Uśmiech z mojej twarzy zdawał się w ogóle nie schodzić. Promyki słońca każdego dnia ogrzewały moją twarz, a włosy od słońca dostały jaśniejszych pasemek. W każdym najmniejszym szczególe widziałam powód do radości i uśmiechu. Śpiew ptaków, pomruki kotów, które łasiły się o jedzenie, czy też radosne uśmiechy innych ludzi, co tutaj w Shadow Hill było rzadkością. A może to ja dopiero zaczęłam ostrzegać to wszystko, na co kiedyś nie zwracałam uwagi? Zamknięta na świat i ludzi, uciekałam z przychodni szybko do domu, byle na nikogo nie wpaść, a tym bardziej z nikim nie rozmawiać. Teraz byłam silniejsza. Chciałam walczyć, chciałam wygrać. Moje myśli, moje życie, moje czyny zmieniały się z dnia na dzień. Otwierałam się na ludzi, którzy byli blisko mnie, którzy chcieli pomóc. Dopiero teraz zrozumiałam to, że oni nigdy nie byli mi wrogiem, a przyjacielem. Skorupka, którą utworzyłam wokół własnego serca przez ostatnie pięć, może sześć lat, w końcu poczęła pękać. Pierw powstała niewielka dziurka, przez którą docierały słowa między innymi skierowane w moją stronę od Shane'a. Następnie sama własnymi myślami zaczęłam tę dziurę rozszerzać. Codziennie trochę więcej. Wszystkie te rzeczy, które od siebie odsuwałam, postanowiłam rozważyć jeszcze raz. To własnie wtedy dotarło do mnie, że zasługuję na więcej, że mogę więcej! Należy mi się szacunek, bezpieczeństwo, a może i nawet trochę czułości. Miałam dość poniżania, bicia, wyzywania, ubliżania, molestowania, a przede wszystkim gwałcenia mnie. Nie chciałam tego od samego początku, ale wmawiano mi, że tak będzie dobrze, że tak to wygląda już w małżeństwie, że przecież tata też jest taki, że kobieta ma ulegać i kochać męża mimo wszystko. Teraz zrozumiałam, że to tylko takie gadanie, wyuczone od pokoleń. Musiałam to przerwać. W snach nie raz widziałam jak mąż posuwa się do morderstwa, bo miał mnie dość. Teraz to moje myśli krążyły wokół tego, aby zabić go. Chwycić nóż i wykonać serię pchnięć. Nienawidziłam go całym sercem, a decyzja o rozwodzie dojrzewała we mnie każdego dnia. Każdego też dnia nabierałam coraz więcej odwagi, aż w końcu postanowiłam to zrobić. Przygotowałam już papiery. Nie mogę zdobyć się jednak na to by dać je Rogerowi do podpisu, a następnie walczyć o swoją wolność. Może powinnam się pomodlić? Ale czy mogę ingerować w to co złączono w Kościele świętym węzłem małżeńskim?
